Pół żartem pół serio
niedziela Grudzień 11th 2016
  • Wszystkich wizyt: 1873
  • Dzisiaj wizyt: 1
  • Wszystkich komentarzy: 2887

Kart a’la post modern

 

 

enhanced-1316-1417417671-4

W tym roku chyba wszystkie małe dziewczynki dostały pod choinkę kolorowe pianinka. Prezent użytkowy, pobudzający wyobraźnię, oswajający z instrumentem, nakierowujący na pożyteczne spędzanie wolnego czasu dziecka aż do momentu, kiedy będą gotowe na samodzielne wychodzenie do lokali dla bogatych zdzir.

Ja natomiast uzupełniłem swoją bibliotekę, by wymądrzać się jeszcze bardziej, jeszcze dłużej i jeszcze mocniej. To oznacza także kolejną dawkę błyskotliwych cytatów na blogu, ukrytych zapożyczeń i literackich mrugnięć okiem – rozpoznawalnych jedynie dla największych erudytów. Będę czytał te grube tomiszcza popijając sok z mojej brand new wyciskarka. Zamierzam od tej pory stać się nie tylko przemądrzałym, ale i kompetentnym w zakresie kupażowania soków funkcjonalnych. Na pierwszy ogień topinambur i czarna rzepa – dla głębokiego oczyszczenia.W dobie żywienia jako nowej religii, Boże Narodzenie służyć może przecież również wiązaniu wolnych rodników.

 

Każde Święta zdumiewają mnie nieznośną powtarzalnością, cyklem, którego nie da się powstrzymać. Te same potrawy, te same życzenia, te same filmy w telewizji, te same anegdoty, te same spory i tylko pogoda od czasu do czasu pozwala zidentyfikować rok wydarzenia. Jednocześnie obok utrzymywanej siłą rozpędu tradycji, pojawiają się siły odśrodkowe w duchu czystego postmodern. Karpia w galarecie wyparł łosoś w galarecie, a sianko pod obrusem jest reprezentowane przez florystyczne wzory na serwetkach. Zmęczenie materiału z jednej strony daje większe pole do rozwoju wyobraźni, a z drugiej powoduje postępujące znudzenie.
Decadentia – czyli odpadnięcie, odstąpienie, zmarnienie, jak donosi nam słownik
łacińsko-polski.
Najciekawsze jest chyba odstąpienie.

Odstąpić to dla mnie odpuścić, czyli dać sobie spokój, bo gra jest niewarta świeczki, a włożony w walkę wysiłek się nie opłaci. Ja odpadam, czyli nie idę dalej, już się z wami nie bawię.

Zwątpienie przełamać może chyba tylko jakiś kryzys, tąpniecie, które wskaże poczucie straty, ale straty tak dojmującej, że nie będzie się jej dało zagłuszyć dotychczas stosowanymi środkami. Jak już przestanie skutkować odwracanie uwagi i zamiatanie pod dywan, to wtedy pojawia się nadzieja. Nie tylko na to, że opłaczemy wszystko, co straciliśmy, a teraz udajemy, że nadal jest – niczym szaty króla, ale także na narodziny czegoś nowego.

 

Boże Narodzenie to święto wynaturzone w każdy możliwy sposób, pełne koszmarnych nadużyć, zdeprawowane komercją. Kalane nieszczerymi życzeniami, e-pocztówkami od chciwych kontrahentów wyciągających z ciebie ostatnie pieniądze, zmęczonymi oczami kasjerów w centrach handlowych, tonami wyrzucanego jedzenia i żniwami w firmach pożyczkowych. Nie dało się skuteczniej wypaczyć tej historii ubogiej rodziny z Nazaretu.

 

To jednak także jeden z nielicznych momentów roku, kiedy materii jest tak dużo, tak bardzo wdziera się w nasze umysły, że cała ta mistyfikacja przestaje być wiarygodna. Zupełnie jak starzejąca się prezenterka telewizyjna, która przesadziła z ilością operacji plastycznych i wygląda jak klaun po wypadku samochodowym. Dobry przyczynek, żeby spojrzeć w lustro.

 

Życzę Wam i sobie, żebyśmy wszyscy skorzystali z tej okazji i odstąpienie zastąpili wiarą, odpadnięcie nadzieją, a zmarnienie miłością.

 

„Niedawno w Moskwie wsiadłam do taksówki. Kierowca raptem spytał, czy jestem prawosławna. Odpowiedziałam, klucząc, że moja babcia potajemnie mnie ochrzciła. Dzięki temu mogłam zostać w samochodzie. Bo jak powiedział mi taksówkarz, on prowadzi „taksówkę prawosławną”. Ale kiedy zaczęliśmy rozmawiać, jego rosyjski tupet po prostu rozbił się o mój spokój. Odwrócił się w końcu do mnie, miał łzy w oczach. Wyznał, że „baba go rzuciła”… A on ją tak kochał. „Kochałem ją, ale i biłem” – dodał” Swietłana Aleksijewicz

Podsumowanie 2012 roku

Czas najwyższy na małe podsumowanie roku Pańskiego dwa tysiące dwunastego. Bez przesady mogę powiedzieć, iż był to czas fundamentalnych i, w gruncie rzeczy, niekontrolowanych zmian.

Perturbacje zawodowe, które uczyniły mnie dyrektorem, następnie upadłym dyrektorem, a ostatecznie wiceprezesem nie należały do łatwych. W przeciągu kilku miesięcy migrowałem pomiędzy Saską Kępą, Nowogrodzką, Radością, by zatoczyć koło i powrócić na do miejsca, gdzie wszystko się zaczęło.

Towarzysko był to równie trudny rok. Z własnej lub cudzej woli straciłem kontakt z całkiem sporą grupą ludzi, którzy wcześniej stanowili moje najbliższe otoczenie. Proces ten postępuje. Zyskuję nowych znajomych, a starsi powoli, acz systematycznie maszerują w niebyt. Pozostają oczywiście Ci, co zawsze – znajomości z dwójką na przedzie.

Wraz z końcem 2012, po dwóch latach wyczekiwania wyprowadziłem się z domu rodzinnego. Nie wszystko w nowym lokum jest już gotowe, ale zależało mi na dotrzymaniu postanowienia o wejściu w Nowy Rok we własnych czterech ścianach. Śpię na materacu, nie mam drzwi od łazienki i sypialni, marynarki muszę wieszać na krześle. Właściwie poza kuchnią nie dysponuję absolutnie żadnymi meblami. Nie ułatwia to sprzątania, przyjmowania gości, czy w ogóle życia. Przez najbliższe pół roku chciałbym wyprostować tą sytuację, a do końca stycznia doprowadzić mieszkanie do stanu „używalności” dla couchsurferów.

Co przyniesie nowy rok? Mam nadzieję, że pewną stabilizację. Chciałbym choć raz zagrzać gdzieś dłużej miejsce i móc rozwinąć skrzydła. Życzyłbym sobie także uczynienia mojej pustelni bardziej domową. Wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że może mi się udać. Trzymajcie kciuki!

 

Właściwie nie tak sobie wyobrażałem tekst podsumowujący mijający rok, ale jestem trochę, jak Prezydent Komorowski:

„(…)Często robię mu research na jakiś temat – przynaje prof. Nałęcz. – Prezydent nie lubi czytać z kartki, wielokrotnie odchodzi od tez, które mu przygotowałem, a nawet mówi coś odwrotnego. Trzeba pamiętać, że pochodzi z pokolenia opozycjonistów uczestniczących w wiecach oraz demonstracjach i nie jest przyzwyczajony do przygotowywania przemówień epoki elektronicznej.(…)” Przekrój numer 53

W oczekiwaniu na orgię

Wszystko zaczyna się układać i stabilizować. Nie wiem, czy to chłodne i lepkie jesienne mgły odzierają sprawy z ostrych kątów, czy może sinusoida życia przechodzi w swoją wzrostową fazę?

Są oczywiście pewne niedogodności. Jedni trzymają regał, inni – tak jak ja – muszą spać z okapem kuchennym. Strumień przedmiotów aranżacji wnętrza wdarł się już na dobre do mojego pokoju. Przypadkowa osoba mogłaby nawet uznać, że jestem uratowanym powodzianinem, którego społeczność ludzi szlachetnych i zaangażowanych obdarowała niezbędnymi do odbudowy domostwa materiałami.  Tylko ostatni zryw zdrowego rozsądku powstrzymał mnie od zakupu pękatej dwudrzwiowej lodówki, której promocyjna cena miała odejść do historii w przeciągu kilku godzin. Dziwnym trafem jakoś się ostała, a ja oszczędziłem sobie kolejnego sublokatora.

Dosyć jednak o przedmiotach – pomyślicie, że jestem jakimś materialistą, jestem tym, co jem, jestem ogólnie zdegenerowanym przedstawicielem społeczeństwa konsumpcyjnego. Nie jestem. Po prostu cieszę się nadchodzącą zmianą. W piątek zanurzę się w szampanie, potarzam po bezwstydnie nagich betonach i zawiruję na środku kuchnio-jadalnio-salonu w pierwotnym tańcu radości.

Tak na marginesie tych wszystkich przygotowań do aranżacyjnej orgii, przeczytałem najnowszą książkę Masłowskiej. Nie ukrywam, że skłoniła mnie do tego właściwie dyskusja na temat samej pisarki i wątpliwości: „czy jej światopogląd celny”. Poprzednie dzieła przeczytałem po łebkach i grzecznie zapomniałem, więc już z góry byłem na straconej pozycji, by w subtelnościach zmiany stylu odnaleźć ewolucje spojrzenia na rzeczywistość. Z tego też względu, oszczędzone Wam zostanie czytanie mojej opinii na temat: Dorota Masłowska a sprawa polska i tym podobnych.

Nie omieszkam jednak podzielić się wspaniałym fragmentem na który trafiłem. Sam się sobie dziwię, że codziennie podróżując metrem nie naszła mnie refleksja nad doświadczeniotwórczym i autentyzującym egzystencję wpływie tego środka transportu. Słuchajcie:

„Z metrem sprawa jest higieniczna, epidemiologiczna. Nie mieści mi się to w głowie, że  w tym postmodernistycznym, a właściwie postfizycznym, POSTREALNYM świecie nagle – coś takiego. Przyjaźń przez Facebooka, sport na konsoli, seks przed kamerką, wychowanie dzieci przez Skype’a, martwe ryby w rzekach, martwe ptaki na drzewach, martwe drzewa; hologramy, wakacje w kosmosie, żele antybakteryjne i żele pro biotyczne, i żele anty-probakteryjne dwa w jednym, i nagle w tym wszystkim nadjeżdża wagon metra. Po brzegi pełen buzującej, tętniocą-pulsującej, skłębionej, namolnej, bezładnej, fizycznej do szaleństwa masy ludzkiej!

Drzwi zamykają się , zasklepia się wokół mnie niekontrolowana fizjologiczna bryła. W biały dzień, w kraju wysokorozwiniętym, przylegam całą powierzchnią ciała do ciał innych ludzi. Słyszę bicie ich serc, szum mózgów, szmer krwiobiegów, czuję wilgoć oczu i turgot jam brzusznych ogarniętych procesami digestywnymi; monotonny ambient życia, którego jestem częścią. Wszędzie uszy, zanieczyszczone pory, plamy wątrobowe, turbany, perfumy, zęby, oddechy, flory bakteryjne, otwarte rany, włosy dzieci, plastry na odciskach, wąsy, z którymi jednam się, zespalam, skłębiam, zlepiam. Wysycenie wagonu ciałami zdaje się tak wysokie, jakby błony dzielące poszczególne jednostki mogły zwyczajnie pęknąć i pozwolić zbić się nam w jedną wielką bezgraniczną masę.”

 

Miłego wieczoru

Śmiertelnie poważnie

W sieci zapanowało spore poruszenie – z woli narodu wybrano
piosenkę naszej reprezentacji na Euro 2012. W opiniach przeplatają się słowa
oburzenia, zdumienia i ogólnej dezaprobaty dla naszych narodowych gustów.  Nawet jeden publicysta katolicki – z tych rasowo
bubkowatych, którzy traktują wszystkie sprawy śmiertelnie poważnie – zabrał
głos i orzekł, że wielka szkoda, że ko ko ko i w ogóle. Młodzież wielkomiejska
i prowincjusze w Warszawie również uznali, że jakoś tak nie wypada, bo przecież
wizytówka, goście z zagranicy, poważne sprawy i narodowe honory są tutaj
szargane. Tylko czekam aż pojawi się jakaś opinia o spisku, naciskach i z góry
zaplanowanej kompromitacji. Przecież to ludzie wybierają! Ale jacy ludzie? Od
ponad dwudziestu lat ci sami – za bezcen nas wszystkich sprzedadzą!

Trochę jak z wyborami parę lat temu, które Andrzeja L.
uczyniły wicepremierem, ale ze świecą było szukać jego wyborców – nikt się nie
chciał przyznać.

Mnie samemu nie po drodze jest z folklorem i jakoś tak bliżej
do żydowskich skrzypków niż pasterskiej fujarki, ale ewidentne korzyści z
zaistniałej sytuacji dostrzegam. Same Mistrzostwa mają przecież w sobie
niewyczerpane pokłady kiczu – kapelusze z dzwoneczkami „Polska”, trąby
stadionowe „Polska”, szaliki „Polska-Tyskie”, przyśpiewki okolicznościowe i
nawet kolorowe, samochodowe odświeżacze powietrza „Polska” (sam jeden taki
zakupiłem, ale po kilku dniach zapach się ulotnił i teraz ta „Polska” kolorowa,
przyjacielsko-ukraińska mi dynda z lusterka).

Piosenka w konwencję się nie wpisuje, a jak widać kicz
sportowy jest zazdrosny i despotyczny. Żąda, żeby tylko jego traktować
poważnie. W końcu będziemy mieli na swoim koncie kolejną epicką porażkę i nasi
chłopcy znowu wrócą do domu (tym razem droga będzie krótsza). Polsat pewnie
jakieś tam łzy i przygryzione wargi będzie na wizji przemycał, ale na koniec i
tak: „nic się nie stało” lub inne, znacznie od ko ko ko ambitniejsze
przyśpiewki zaśpiewamy.

Poczucie humoru i dystans są bardziej deficytowe niż
kiedykolwiek, a my zamiast korzystać z okazji do śmiechu wolimy popadać w
święte oburzenie.

Powagi sprawie dodaje fakt, że sponsorem naszej reprezentacji
jest „Biedronka”. Nie mam więcej pytań.

Noworoczny sens

   Po raz pierwszy
udał mi się bojkot Sylwestra. W zeszłym roku próba zakończyła się
niepowodzeniem, ponieważ noworoczna impreza zawitała do naszego domu i nie
bardzo mogłem zatrzymać ją u wrót mojego pokoju. Tym razem wyposażony w
słuchawki dokanałowe, koncerty wiolonczelowe oraz eseje Trumana Capotego
spędziłem jedną z najprzyjemniejszych nocy ostatnich miesięcy. Bez wszystkich
wymuszonych zachowań, alkoholu we krwi i nienaturalnego podniecenia zmieniającą
się datą. Po tylu latach spędzania sylwestrowej nocy w ciszy bardzo trudno się
przestawić. Epoka wyjazdów już chyba minęła definitywnie, ale z całych sił będę
walczył o utrzymanie obyczaju refleksyjnego 
przechodzenia z jednego roku do drugiego.

  Bez alkoholu we krwi
łatwiej mi było unosić się w wiolonczelowych rytmach i przyglądać prowokacjom,
jakie Capote serwował Marlonowi Brando. Tylko dla Ukrainy zrobiłem wyjątek- tam
Nowy Rok, to coś znacznie istotniejszego niż Boże Narodzenie albo jakiekolwiek
inne święto (no może poza Dniem Zwycięstwa). Zawsze dostaję różne życzenia z za
wschodniej granicy jeszcze przed dwunastą naszego czasu. Czasem to jedyna
wiadomość od danej osoby w ciągu roku. Życzenia przygotowałem sobie już zawczasu,
żeby nie zbliżać się do telefonu. Za kanwę posłużyło mi  „Widzenie transoceaniczne” Miłosza- o Rosji,
ale bardzo adekwatne jeżeli chodzi o cały słowiański Wschód. Starałem się
wybrać co sympatyczniejsze fragmenty (i te łatwe do tłumaczenia).

W ogóle Miłosz jakoś chodzi za mną ostatnio- nawet
jeżeli  nie bezpośrednio (mam na myśli
dzieła, a nie nieboszczyka), to chociażby w postaci różnych wypowiedzi na jego
temat. Oto fragment wywiadu z Barbarą Toruńczyk z ostatnich „Zeszytów
Literackich”:

„(…) K.W. : Chodzi o
to, że przy swoim skomplikowaniu zachowywał przez cały czas szczerość pomiędzy
różnymi częściami duszy, tak?

B.T.: Albo, jak mówiłam, o to, że on po prostu głęboko
myślał o wszystkim co robił i co mu się przydarzało. Także o swoich
niekontrolowanych porywach. Miał uwewnętrznioną potrzebę życia sensownego. Z
tej swojej analitycznej świadomości ukształtował własną filozofię opartą na
konkrecie doświadczeń życiowych wszelkiej natury, w tym erotycznych. Więc nie
mógłby się zgodzić z Camusem, że życiem rządzi absurd czy przypadek, czy z
Jeleńskim- że rządzą nami tajemnicze zbiegi okoliczności. Uważał, że każdy krok
powinien być sensowny, tylko trzeba tego sensu dociekać, przyjmując pewne
założenia o strukturze świata. Oceniać siebie, posługując się darem distinguo odnoszonym do wartości
absolutnych. Doświadczenie transcendencji było mu dane jako pierwotne,
podstawowe. (…)”

 

Właśnie to pragnienie sensu nieszczęsne-  obrzydliwa samoświadomość, która nie pozwala
uczestniczyć w doświadczeniach, które są go pozbawione albo, którego już się
nie pamięta. Taka wrażliwość jest trochę jak klątwa, mogąca uczynić z człowieka
dziwaka. W nowym, dwa tysiące dwunastym roku sobie i Wam życzę jak najwięcej
sensu!

 

P.S.

Kolejnego Sylwestra planuję spędzić już we własnym lokum

Śmierć proroka

Temat śmierci wraca tutaj jak bumerang. Nie
spodziewałem się, że ten blog- który powinien być traktowany z
przymrużeniem oka- przemieni się w przestrzeń do takich rozważań. Nie
spodziewajcie się jednak, że zapanuje, trawestując słowa pewnego młodego
pisarza, atmosfera grozy i niesamowitości. Dziś jestem przede wszystkim
zdziwiony.

Coraz częściej pojawiają się głosy, że współczesny
„świat” (w cudzysłowie, bo oczywiście chodzi tutaj tylko o cywilizację
konsumpcyjną, która całości świata jeszcze nie stanowi)
zastępuje klasyczny system wartości, symbole i postawy czymś zupełnie
nowym, choć posiadającym bezpośrednie odniesienia. Ludzie potrzebują w
coś wierzyć, więc skoro nie wierzą w Boga, to muszą puste miejsce po Nim
jakoś zastąpić. Różne byty chętnie podsuwają im gotowe rozwiązania albo
dzielą się swoją „wiarą”. Nawet na moim komputerze znajduję credo:

„Firma Toshiba wierzy w: technologię, design, jakość”

Brzmi nawet sympatycznie. Podobnych przykładów mogę
podać więcej, ale wszystkie sprowadzają się do jednego- wizji zmiany
świata na lepsze. Któż nie chciałby w czymś takim uczestniczyć? Tym
bardziej, jeżeli świat może stać się lepszy, gdy: „staniemy się
członkiem wielkiej rodziny widzów Polsatu”. Kiedy z  każdego abonamentu
odpalimy 5 złotych dla jakichś biednych/wykluczonych/dyskryminowanych
etc. , od razu przyjemniej  ogląda się wieczorną ramówkę.  Nie muszę
wspominać, że taka rodzina jest również znacznie mniej absorbująca.

Wizje i pomysł na przyszłość świata mają teraz
ekologiczne samochody, innowacyjne telefony, żywność genetycznie
modyfikowana (jako sposób na problem głodu), czy płatki śniadaniowe,
będące panaceum na brak wapnia i depresję. Produkt staje się teraz czymś
na kształt ideologicznych odezw i idealistycznych deklaracji.

Epoka ma też swoich proroków. Dziś okazało się, że
śmierć przedsiębiorcy i innowatora robi na społeczeństwach większe
wrażenie niż śmierć wielkich przywódców, czy działaczy społecznych. Mit
jest tak silny, że dziesiątki ludzi (także moich znajomych) wstawia na
swoich profilach, delikatnie mówiąc, niezbyt odkrywcze cytaty ze
zmarłego. Zmieniają swoje zdjęcia profilowe. Przeżywają.
Premier nasz, wielki innowator Donald T. też coś tam dzisiaj nawiązywał.

Atmosfera jak w Paryżu po śmierci Wiktora Hugo.

Każda wiara musi mieć swoich kapłanów i proroków.
Dziś są opłakiwani podobnie, jak na przestrzeni wieków, ale znacznie
lepiej opłacani…

Herbata dla Jacka

Wczoraj były urodziny Trumana Capotego- pisarza, który
znajduje się (przynajmniej aktualnie) w pierwszej dziesiątce moich ulubieńców.
Niedościgniony mistrz stylistyki  i
barwnych postaci, gdyby żył miałby teraz 87 lat. Niestety, wódka z sokiem
pomarańczowym i lawendowe pigułki psychotropowe najpierw całkowicie odebrały mu
wolę tworzenia, a ostatecznie wysłały na tamten świat. Dobrze, że zostało
śniadanie u Tiffaniego.

Dziś natomiast doszło do z dawna oczekiwanego spotkania.
Konrad, najwyraźniej poruszony wyrzutami sumienia, wyszedł z propozycją
wspólnego wypadu. Chciałem zaprowadzić go do Hydro4- najurokliwszej speluny na
lewym brzegu Warszawy- która okazała się ZAMKNIĘTA! To legendarne miejsce
egzystujące na Chmielnej wbrew wszystkim regułom ekonomicznego rachunku zysku i
straty, przeszło do historii. Nie znam szczegółów, ale już jestem zasmucony-
nie bardzo wiem, gdzie teraz będę prowadził zagranicznych gości …

Ostatecznie poszliśmy gdzieś indziej- co prawda musieliśmy
stanąć twarzą w twarz z manifestację z okazji „Dnia Lokatora”. Wybory są nie
tylko okazją do zapraszania Maćka Bittnera na bankiety i ekskluzywne przyjęcia,
ale także czasem wyrażania swojego niezadowolenia. Trzeba jednak przyznać, że
protesty w polskich realiach wyglądają raczej satyrycznie- kilkadziesiąt osób z
transparentami to wszyscy, których udało się zgromadzić organizatorom. Być może
w latach osiemdziesiątych wyczerpaliśmy wszelkie pokłady sprzeciwu i woli
walki, a może po prostu czyste lenistwo skłania warszawiaków do oglądania
telewizji zamiast manifestowania. Ja osobiście nigdy na żadnym proteście nie
byłem, ale raczej ze względu na niewiarę w skuteczność tego typu inicjatyw, niż
ignorowanie palących problemów społecznych. A może tłumaczę się przed samym
sobą?

W każdym razie, Konrada upomniałem za informowanie mnie o
ważnych sprawach po wielu miesiącach od momentu ich zaistnienia. Potem nasza
rozmowa oscylowała wokół uroków życia na prowincji (lub braku takowych), spraw
mieszkaniowo-zawodowych, kwestii harcerskich i plotek z życia wspólnych
znajomych. Krótko, ale treściwie- jak za dawnych lat. Konrad wprowadził w
konsternację panią z pubu oraz piszącego te 
słowa zamawiając herbatę. Mieliśmy opijać nadchodzące narodziny
konradowego potomka. Jak widać opijanie nie jedno ma imię. Jacku T. –
oczekujemy Cię…  przy herbacie!

Zmiany

Jak już większość Was wie, postanowiłem dokonać pewnych zmian w moim blogowym funkcjonowaniu. Założyłem witrynę na nowej platformie, która daje więcej możliwości multimedialnego prezentowania się światu. Póki co, wszystko idzie zgodnie z planem i jestem zadowolony z łatwości publikowania- nawet z telefonu można coś tam puścić.

Tym samym, muszę znaleźć zastosowanie dla legendarnego już maciejbittner.blog.pl , który niedawno świętował ósme urodziny. Wiele rzeczy się w tym czasie wydarzyło, a blog był świadkiem całkiem niezłego kawałka mojego życiorysu. Szkoda by go całkowicie porzucać, szczególnie, że ma trochę poważniejszą formę. Bloga podróżniczego z niego nie zrobię, bo ostatnio prowadzę osiadły tryb życia.
Może jakieś dłuższe teksty będę tutaj wstawiał? Zobaczymy.

Tymczasem zapraszam na www.maciejbittner.tumblr.com

Fenomen troski

Przyjęcie, jak to przyjęcie, przeminęło znacznie szybciej niż
można się było tego po nim spodziewać. Dwa dni przygotowań i raptem jedna noc
świętowania. Cóż za dysproporcja! Pozostało niewiele- zawalone łóżko, trochę
nieporozumień, prezenty, niedopita bańka Heinekena oraz jakieś tam refleksje.
Kurczowe trzymanie się form, które sprawdzały się przez lata, to chyba jeden z
symptomów ograniczoności. Mogę tłumaczyć się tylko anty-sartrowską dobrą wiarą
oraz naiwnością cechującą ludzi mierzących innych swoją miarą. Nic to.

Lepiej wspominać koszerną muzykę, chasydzkie tańce, apetyt
gości na danie parówkowe i sam fakt, że tak wiele osób zechciało do mnie
przybyć. Kulinaria, to chyba największe pocieszenie- ledwo, ledwo, ale
starczyło. Musiało smakować, bo jeden z gości tak zapamiętale wyskrobywał
pozostałości w garnku, że zdarł połowę pokrywającego go teflonu. Tym samym, za
każdym razem, jak będę jadł teraz jakieś przypalone żarcie, wspomnę ten hołd
dla moich umiejętności gastronomicznych.

Najbardziej dawała radę Anka Suchodolska- muszę publicznie ją
pochwalić. Nie dość, że przybyła zaopatrzona w wafle i sernik na zimno, to
jeszcze dotrzymywała mi kroku w ekstatycznych tańcach, a niewielu to potrafi.

Konrad aus Berlin zasłużył się aktywnym uczestnictwem w
przygotowywaniu dania brokułowego oraz trafnymi uwagami na temat mnie i mojego
otoczenia. Pomiędzy odlewaniem makaronu, a doprawianiem śmietany przypomniał mi
o kilku elementarnych sprawach, które gdzieś w szale codzienności zginęły albo
zostały wyparte.

Sąsiadom także należą się podziękowania, to były
bezsprzecznie najgłośniejsze urodziny jakie kiedykolwiek wyprawiłem, a mimo
tego żaden jegomość w kapciach i piżamie nie zapukał do naszych drzwi.

Tak czy siak- czuję się teraz dosyć dziwnie. Mało tego,
podjąłem nawet konkretne decyzje. Choćby taką, że już nie będę świętował
własnych urodzin w takiej formie i takim składzie. Docenić trzeba bardziej
tych, którzy piją wodę mineralną, narzekają na komary albo nie opuszczają
swojego miejsca dalej niż na dziesięć kroków. Błogosławieni cisi. Dziwnym
trafem, to na nich zawsze można liczyć.

Dla dodania otuchy wpisałem te i inne przemyślenia do mojego
nowego notesu. Przed każdym ruchem, który mógłby nosić jakieś znamiona
pochopności, będę do niego zaglądał.

Ach! Facebook bardzo mnie zaskoczył. Zatrzęsienie życzeń
urodzinowych. Niby nic wielkiego, parę słów od każdego, ale dużo radości. Mnie
się przecież nigdy nie chce…

„Każda nosi na szyi odziedziczony po babce srebrny łańcuszek,
a kiedy je spytać , kim są, ich pierwsze słowo brzmi: katoliczkami.”

„Skoro współjestestwo pozostaje egzystencjalnie konstytutywne
dla bycia-w-świecie, to trzeba je- podobnie jak przeglądowy obchód z czymś
wewnątrz świata poręcznym, co nazwaliśmy wcześniej zatroskaniem- interpretować
na podstawie fenomenu troski, która w
ogóle stanowi określenie bycia jestestwa.”

Kto pochyli się ze mną nad fenomenem troski?

Udostępnij

Pura Vida!

   Bal Kopciuszka się
skończył, lecz nie skończyło się zamieszanie, z jakim każdego dnia trzeba się
zmagać. Wcale nie pięknie. Już człowiek sobie myśli, że będzie mógł złapać
chwilę oddechu po dramatycznych i pełnych napięcia chwilach, a tutaj już czas
na przygotowania  do kolejnego balu- tym
razem dotyczącego Królewicza.

  Co dwa lata obiecuję
sobie, że wszystko będzie przygotowane w najdrobniejszych szczegółach. Serwetki
dobrane pod kolor obrusa, listki bazylii starannie ułożone na wierzchu sałatki,
a kieliszki lśniące i chłodne. Zawsze jednak wychodzi tak samo. Pierwsi goście
zastają mnie w upapranej majonezem bluzie i, z braku innych zajęć, włączają się
do walki z kulinarnym żywiołem. W tym roku musi być inaczej- trzymajcie kciuki!

  Ostatni tydzień
minął pod znakiem gości. Wnieśli trochę południowoamerykańskiej pogody ducha do
mojego szarego życia. Dowiedziałem się czym Costa Rica różni się od Puerto Ricoa,
a transport miejski w Warszawie od tego w San Hose. Inkulturacja przebiegła
bezboleśnie: kiszone ogórki zjedli, zajęli swoje stanowisko w sprawie
katastrofy smoleńskiej i, niczym prawdziwi Polacy, mieli okazję pomarudzić na
zmiany pogody i niestabilny kurs wymiany walut. Z marudzeniem było najgorzej,
jakoś nie mogli się przekonać, że nasz narodowy sport poprawia krążenie i wyostrza
zmysły. Odjechali równie pozytywnie nastawieni do życia, co w chwili przybycia.
Zostawili tradycyjny sos kostarykański, niebiańską kawę, paczkę papierosów „made
in Costa Rica” oraz miłe referencje:

„Positive
it’s not enough to describe how amazing my experience with Maciej. He is an
awesome guy, inteligent, talkative, and have great travel stories! He and his
family went out of their way to make me feel confortable and they succeed big
time! I really enjoyed our talks about Costa Rica and Poland. The best couch
surfing experience no question that! Hope to see you soon again!”

Pozostaje mi tylko wykrzyknąć: Pura Vida! Czego również Wam
serdecznie życzę.

Udostępnij

 Page 1 of 60  1  2  3  4  5 » ...  Last »