|
|
Po raz pierwszy udał mi się bojkot Sylwestra. W zeszłym roku próba zakończyła się niepowodzeniem, ponieważ noworoczna impreza zawitała do naszego domu i nie bardzo mogłem zatrzymać ją u wrót mojego pokoju. Tym razem wyposażony w słuchawki dokanałowe, koncerty wiolonczelowe oraz eseje Trumana Capotego spędziłem jedną z najprzyjemniejszych nocy ostatnich miesięcy. Bez wszystkich wymuszonych zachowań, alkoholu we krwi i nienaturalnego podniecenia zmieniającą się datą. Po tylu latach spędzania sylwestrowej nocy w ciszy bardzo trudno się przestawić. Epoka wyjazdów już chyba minęła definitywnie, ale z całych sił będę walczył o utrzymanie obyczaju refleksyjnego przechodzenia z jednego roku do drugiego. Bez alkoholu we krwi łatwiej mi było unosić się w wiolonczelowych rytmach i przyglądać prowokacjom, jakie Capote serwował Marlonowi Brando. Tylko dla Ukrainy zrobiłem wyjątek- tam Nowy Rok, to coś znacznie istotniejszego niż Boże Narodzenie albo jakiekolwiek inne święto (no może poza Dniem Zwycięstwa). Zawsze dostaję różne życzenia z za wschodniej granicy jeszcze przed dwunastą naszego czasu. Czasem to jedyna wiadomość od danej osoby w ciągu roku. Życzenia przygotowałem sobie już zawczasu, żeby nie zbliżać się do telefonu. Za kanwę posłużyło mi „Widzenie transoceaniczne” Miłosza- o Rosji, ale bardzo adekwatne jeżeli chodzi o cały słowiański Wschód. Starałem się wybrać co sympatyczniejsze fragmenty (i te łatwe do tłumaczenia). W ogóle Miłosz jakoś chodzi za mną ostatnio- nawet jeżeli nie bezpośrednio (mam na myśli dzieła, a nie nieboszczyka), to chociażby w postaci różnych wypowiedzi na jego temat. Oto fragment wywiadu z Barbarą Toruńczyk z ostatnich „Zeszytów Literackich”: „(…) K.W. : Chodzi o to, że przy swoim skomplikowaniu zachowywał przez cały czas szczerość pomiędzy różnymi częściami duszy, tak? B.T.: Albo, jak mówiłam, o to, że on po prostu głęboko myślał o wszystkim co robił i co mu się przydarzało. Także o swoich niekontrolowanych porywach. Miał uwewnętrznioną potrzebę życia sensownego. Z tej swojej analitycznej świadomości ukształtował własną filozofię opartą na konkrecie doświadczeń życiowych wszelkiej natury, w tym erotycznych. Więc nie mógłby się zgodzić z Camusem, że życiem rządzi absurd czy przypadek, czy z Jeleńskim- że rządzą nami tajemnicze zbiegi okoliczności. Uważał, że każdy krok powinien być sensowny, tylko trzeba tego sensu dociekać, przyjmując pewne założenia o strukturze świata. Oceniać siebie, posługując się darem distinguo odnoszonym do wartości absolutnych. Doświadczenie transcendencji było mu dane jako pierwotne, podstawowe. (…)”
Właśnie to pragnienie sensu nieszczęsne- obrzydliwa samoświadomość, która nie pozwala uczestniczyć w doświadczeniach, które są go pozbawione albo, którego już się nie pamięta. Taka wrażliwość jest trochę jak klątwa, mogąca uczynić z człowieka dziwaka. W nowym, dwa tysiące dwunastym roku sobie i Wam życzę jak najwięcej sensu!
P.S. Kolejnego Sylwestra planuję spędzić już we własnym lokum {Feldmarszałek Bittner} 2012-01-01 21:01:15 skomentuj (0) Śmierć proroka Temat śmierci wraca tutaj jak bumerang. Nie spodziewałem się, że ten blog- który powinien być traktowany z przymrużeniem oka- przemieni się w przestrzeń do takich rozważań. Nie spodziewajcie się jednak, że zapanuje, trawestując słowa pewnego młodego pisarza, atmosfera grozy i niesamowitości. Dziś jestem przede wszystkim zdziwiony. Coraz częściej pojawiają się głosy, że współczesny „świat” (w cudzysłowie, bo oczywiście chodzi tutaj tylko o cywilizację konsumpcyjną, która całości świata jeszcze nie stanowi) zastępuje klasyczny system wartości, symbole i postawy czymś zupełnie nowym, choć posiadającym bezpośrednie odniesienia. Ludzie potrzebują w coś wierzyć, więc skoro nie wierzą w Boga, to muszą puste miejsce po Nim jakoś zastąpić. Różne byty chętnie podsuwają im gotowe rozwiązania albo dzielą się swoją „wiarą”. Nawet na moim komputerze znajduję credo: „Firma Toshiba wierzy w: technologię, design, jakość” Brzmi nawet sympatycznie. Podobnych przykładów mogę podać więcej, ale wszystkie sprowadzają się do jednego- wizji zmiany świata na lepsze. Któż nie chciałby w czymś takim uczestniczyć? Tym bardziej, jeżeli świat może stać się lepszy, gdy: „staniemy się członkiem wielkiej rodziny widzów Polsatu”. Kiedy z każdego abonamentu odpalimy 5 złotych dla jakichś biednych/wykluczonych/dyskryminowanych etc. , od razu przyjemniej ogląda się wieczorną ramówkę. Nie muszę wspominać, że taka rodzina jest również znacznie mniej absorbująca. Wizje i pomysł na przyszłość świata mają teraz ekologiczne samochody, innowacyjne telefony, żywność genetycznie modyfikowana (jako sposób na problem głodu), czy płatki śniadaniowe, będące panaceum na brak wapnia i depresję. Produkt staje się teraz czymś na kształt ideologicznych odezw i idealistycznych deklaracji.
Epoka ma też swoich proroków. Dziś okazało się, że
śmierć przedsiębiorcy i innowatora robi na społeczeństwach większe
wrażenie niż śmierć wielkich przywódców, czy działaczy społecznych. Mit
jest tak silny, że dziesiątki ludzi (także moich znajomych) wstawia na
swoich profilach, delikatnie mówiąc, niezbyt odkrywcze cytaty ze
zmarłego. Zmieniają swoje zdjęcia profilowe. Przeżywają. Atmosfera jak w Paryżu po śmierci Wiktora Hugo. Każda wiara musi mieć swoich kapłanów i proroków. Dziś są opłakiwani podobnie, jak na przestrzeni wieków, ale znacznie lepiej opłacani… {Feldmarszałek Bittner} 2011-10-06 20:41:51 skomentuj (0) Herbata dla Jacka Wczoraj były urodziny Trumana Capotego- pisarza, który znajduje się (przynajmniej aktualnie) w pierwszej dziesiątce moich ulubieńców. Niedościgniony mistrz stylistyki i barwnych postaci, gdyby żył miałby teraz 87 lat. Niestety, wódka z sokiem pomarańczowym i lawendowe pigułki psychotropowe najpierw całkowicie odebrały mu wolę tworzenia, a ostatecznie wysłały na tamten świat. Dobrze, że zostało śniadanie u Tiffaniego. Dziś natomiast doszło do z dawna oczekiwanego spotkania. Konrad, najwyraźniej poruszony wyrzutami sumienia, wyszedł z propozycją wspólnego wypadu. Chciałem zaprowadzić go do Hydro4- najurokliwszej speluny na lewym brzegu Warszawy- która okazała się ZAMKNIĘTA! To legendarne miejsce egzystujące na Chmielnej wbrew wszystkim regułom ekonomicznego rachunku zysku i straty, przeszło do historii. Nie znam szczegółów, ale już jestem zasmucony- nie bardzo wiem, gdzie teraz będę prowadził zagranicznych gości … Ostatecznie poszliśmy gdzieś indziej- co prawda musieliśmy stanąć twarzą w twarz z manifestację z okazji „Dnia Lokatora”. Wybory są nie tylko okazją do zapraszania Maćka Bittnera na bankiety i ekskluzywne przyjęcia, ale także czasem wyrażania swojego niezadowolenia. Trzeba jednak przyznać, że protesty w polskich realiach wyglądają raczej satyrycznie- kilkadziesiąt osób z transparentami to wszyscy, których udało się zgromadzić organizatorom. Być może w latach osiemdziesiątych wyczerpaliśmy wszelkie pokłady sprzeciwu i woli walki, a może po prostu czyste lenistwo skłania warszawiaków do oglądania telewizji zamiast manifestowania. Ja osobiście nigdy na żadnym proteście nie byłem, ale raczej ze względu na niewiarę w skuteczność tego typu inicjatyw, niż ignorowanie palących problemów społecznych. A może tłumaczę się przed samym sobą? W każdym razie, Konrada upomniałem za informowanie mnie o ważnych sprawach po wielu miesiącach od momentu ich zaistnienia. Potem nasza rozmowa oscylowała wokół uroków życia na prowincji (lub braku takowych), spraw mieszkaniowo-zawodowych, kwestii harcerskich i plotek z życia wspólnych znajomych. Krótko, ale treściwie- jak za dawnych lat. Konrad wprowadził w konsternację panią z pubu oraz piszącego te słowa zamawiając herbatę. Mieliśmy opijać nadchodzące narodziny konradowego potomka. Jak widać opijanie nie jedno ma imię. Jacku T. – oczekujemy Cię… przy herbacie! {Feldmarszałek Bittner} 2011-10-03 14:03:32 skomentuj (0) Zmiany Jak już większość Was wie, postanowiłem dokonać pewnych zmian w moim blogowym funkcjonowaniu. Założyłem witrynę na nowej platformie, która daje więcej możliwości multimedialnego prezentowania się światu. Póki co, wszystko idzie zgodnie z planem i jestem zadowolony z łatwości publikowania- nawet z telefonu można coś tam puścić. Tym samym, muszę znaleźć zastosowanie dla legendarnego już maciejbittner.blog.pl , który niedawno świętował ósme urodziny. Wiele rzeczy się w tym czasie wydarzyło, a blog był świadkiem całkiem niezłego kawałka mojego życiorysu. Szkoda by go całkowicie porzucać, szczególnie, że ma trochę poważniejszą formę. Bloga podróżniczego z niego nie zrobię, bo ostatnio prowadzę osiadły tryb życia. Może jakieś dłuższe teksty będę tutaj wstawiał? Zobaczymy. Tymczasem zapraszam na www.maciejbittner.tumblr.com {Feldmarszałek Bittner} 2011-06-23 20:57:50 skomentuj (0) Fenomen troski Przyjęcie, jak to przyjęcie, przeminęło znacznie szybciej niż można się było tego po nim spodziewać. Dwa dni przygotowań i raptem jedna noc świętowania. Cóż za dysproporcja! Pozostało niewiele- zawalone łóżko, trochę nieporozumień, prezenty, niedopita bańka Heinekena oraz jakieś tam refleksje. Kurczowe trzymanie się form, które sprawdzały się przez lata, to chyba jeden z symptomów ograniczoności. Mogę tłumaczyć się tylko anty-sartrowską dobrą wiarą oraz naiwnością cechującą ludzi mierzących innych swoją miarą. Nic to. Lepiej wspominać koszerną muzykę, chasydzkie tańce, apetyt gości na danie parówkowe i sam fakt, że tak wiele osób zechciało do mnie przybyć. Kulinaria, to chyba największe pocieszenie- ledwo, ledwo, ale starczyło. Musiało smakować, bo jeden z gości tak zapamiętale wyskrobywał pozostałości w garnku, że zdarł połowę pokrywającego go teflonu. Tym samym, za każdym razem, jak będę jadł teraz jakieś przypalone żarcie, wspomnę ten hołd dla moich umiejętności gastronomicznych. Najbardziej dawała radę Anka Suchodolska- muszę publicznie ją pochwalić. Nie dość, że przybyła zaopatrzona w wafle i sernik na zimno, to jeszcze dotrzymywała mi kroku w ekstatycznych tańcach, a niewielu to potrafi. Konrad aus Berlin zasłużył się aktywnym uczestnictwem w przygotowywaniu dania brokułowego oraz trafnymi uwagami na temat mnie i mojego otoczenia. Pomiędzy odlewaniem makaronu, a doprawianiem śmietany przypomniał mi o kilku elementarnych sprawach, które gdzieś w szale codzienności zginęły albo zostały wyparte. Sąsiadom także należą się podziękowania, to były bezsprzecznie najgłośniejsze urodziny jakie kiedykolwiek wyprawiłem, a mimo tego żaden jegomość w kapciach i piżamie nie zapukał do naszych drzwi. Tak czy siak- czuję się teraz dosyć dziwnie. Mało tego, podjąłem nawet konkretne decyzje. Choćby taką, że już nie będę świętował własnych urodzin w takiej formie i takim składzie. Docenić trzeba bardziej tych, którzy piją wodę mineralną, narzekają na komary albo nie opuszczają swojego miejsca dalej niż na dziesięć kroków. Błogosławieni cisi. Dziwnym trafem, to na nich zawsze można liczyć. Dla dodania otuchy wpisałem te i inne przemyślenia do mojego nowego notesu. Przed każdym ruchem, który mógłby nosić jakieś znamiona pochopności, będę do niego zaglądał. Ach! Facebook bardzo mnie zaskoczył. Zatrzęsienie życzeń urodzinowych. Niby nic wielkiego, parę słów od każdego, ale dużo radości. Mnie się przecież nigdy nie chce… „Każda nosi na szyi odziedziczony po babce srebrny łańcuszek, a kiedy je spytać , kim są, ich pierwsze słowo brzmi: katoliczkami.” „Skoro współjestestwo pozostaje egzystencjalnie konstytutywne dla bycia-w-świecie, to trzeba je- podobnie jak przeglądowy obchód z czymś wewnątrz świata poręcznym, co nazwaliśmy wcześniej zatroskaniem- interpretować na podstawie fenomenu troski, która w ogóle stanowi określenie bycia jestestwa.” Kto pochyli się ze mną nad fenomenem troski? Udostępnij{Feldmarszałek Bittner} 2011-05-29 20:35:30 skomentuj (0) Pura Vida! Bal Kopciuszka się skończył, lecz nie skończyło się zamieszanie, z jakim każdego dnia trzeba się zmagać. Wcale nie pięknie. Już człowiek sobie myśli, że będzie mógł złapać chwilę oddechu po dramatycznych i pełnych napięcia chwilach, a tutaj już czas na przygotowania do kolejnego balu- tym razem dotyczącego Królewicza. Co dwa lata obiecuję sobie, że wszystko będzie przygotowane w najdrobniejszych szczegółach. Serwetki dobrane pod kolor obrusa, listki bazylii starannie ułożone na wierzchu sałatki, a kieliszki lśniące i chłodne. Zawsze jednak wychodzi tak samo. Pierwsi goście zastają mnie w upapranej majonezem bluzie i, z braku innych zajęć, włączają się do walki z kulinarnym żywiołem. W tym roku musi być inaczej- trzymajcie kciuki! Ostatni tydzień minął pod znakiem gości. Wnieśli trochę południowoamerykańskiej pogody ducha do mojego szarego życia. Dowiedziałem się czym Costa Rica różni się od Puerto Ricoa, a transport miejski w Warszawie od tego w San Hose. Inkulturacja przebiegła bezboleśnie: kiszone ogórki zjedli, zajęli swoje stanowisko w sprawie katastrofy smoleńskiej i, niczym prawdziwi Polacy, mieli okazję pomarudzić na zmiany pogody i niestabilny kurs wymiany walut. Z marudzeniem było najgorzej, jakoś nie mogli się przekonać, że nasz narodowy sport poprawia krążenie i wyostrza zmysły. Odjechali równie pozytywnie nastawieni do życia, co w chwili przybycia. Zostawili tradycyjny sos kostarykański, niebiańską kawę, paczkę papierosów „made in Costa Rica” oraz miłe referencje: „Positive it's not enough to describe how amazing my experience with Maciej. He is an awesome guy, inteligent, talkative, and have great travel stories! He and his family went out of their way to make me feel confortable and they succeed big time! I really enjoyed our talks about Costa Rica and Poland. The best couch surfing experience no question that! Hope to see you soon again!” Pozostaje mi tylko wykrzyknąć: Pura Vida! Czego również Wam serdecznie życzę. Udostępnij{Feldmarszałek Bittner} 2011-05-15 21:46:37 skomentuj (0) Samorodny talent i rzut oka na życie dżdżownic Nie wiem, czy kiedykolwiek w historii tego bloga zdarzył się okres tak długiego milczenia z mojej strony. Pewien mądry człowiek powiedział ostatnio, że nie piszę akurat wtedy, gdy w moim życiu dzieją się najciekawsze rzeczy. Być może, to jest właśnie powód. Przez te kilka miesięcy dokonała się mała rewolucja w moim życiu towarzyskim. Jak powszechnie wiadomo, jestem bardzo nieufny w stosunku do osób, których nie znam i niezbyt chętny do poznawania kogokolwiek. Tym bardziej, fakt przewartościowania i modyfikacji mojego najbliższego otoczenia uważam za zmianę bardzo poważną- o tyle znaczącą, że niekontrolowaną. Postanowiłem nie opłakiwać straconych, nie dramatyzować nad przemijaniem czasu i niechybną entropią własnych relacji międzyludzkich. Zostają zawsze ci sami, co jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu o słuszności mojej definicji przyjaźni. Równie płynnie przeszedłem ze stanu bycia studentem, do formy substancjalnej człowieka pracującego w pełnym wymiarze godzin. O dziwo, czytam więcej, piszę więcej (szkoda, że nie bloga) i jeszcze zostaje czas na muzykę. Wynika z tego, że czas limitowany, to czas zdobywany. Z muzyką wiąże się moje rosnące zaangażowanie w penetrację świata, który przez wiele lat stanowił raczej tło innych działań- rozrywkę, przerywnik i stymulator emocjonalnego zaangażowania. Dopiero teraz uzmysławiam sobie, jak trafnie diagnozował jej siłę Nietzsche w „Narodzinach tragedii”. Czysty przekaz, nieuwikłany w światopoglądowe zaangażowanie, semantyczne próby definiowania elementów rzeczywistości, a nawet proste obrazowanie, które dało początek wszelkim poszukiwaniom. Muszę jednak zdementować w tym miejscu plotkę o mojej rzekomej karierze wiolonczelisty. Bardzo mi pochlebiła, ale niestety jest dosyć daleka od prawdy. Czy nikt z Was nie zauważył, że nie mam w domu wiolonczeli? Nie chowam jej pod łóżkiem, ani w szafie. Straciłem moją szansę opanowania gry na tych czterostrunowych pięknych kształtach. Kocham wiolonczelę miłością platoniczną… Wpadłem ostatnio na ciekawy fragment „Dzienników” Iwaszkiewicza, który wpłynął na moje akceptujące stanowisko wobec wszystkiego, co dzieje się dookoła. Słuchajcie tego:
„Życie osób, które kochamy i które żyją blisko nas, da się porównać do życia dżdżownic. Dżdżownice mają jakieś tam swoje życie podziemne, ale my go nie znamy. One cannot control the life of a dżdżownica. Tylko od czasu do czasu wychodzą na wierzch ich odchody: tu jakiś syfilis, tu jakaś gruźlica, tu jakaś skrobanka, tu podbite sińcem oko, tu awantura z opieką nad kawiarnią, gdzie chodzą gołe dziwki. My tylko to widzimy, to odczuwamy. A co jest ich prawdziwym życiem, nie dowiemy się nigdy, pomimo największej naszej miłości i choćbyśmy życie za tę wiedzę o nich oddali!” Udostępnij{Feldmarszałek Bittner} 2011-02-14 21:29:56 skomentuj (1) |
{Archiwum Nagrań}
Bittnerana
|