Pół żartem pół serio
niedziela Maj 27th 2012

Kategorie

Ciekawe strony

Treści własne

Archiwa

Śmiertelnie poważnie

W sieci zapanowało spore poruszenie – z woli narodu wybrano
piosenkę naszej reprezentacji na Euro 2012. W opiniach przeplatają się słowa
oburzenia, zdumienia i ogólnej dezaprobaty dla naszych narodowych gustów.  Nawet jeden publicysta katolicki – z tych rasowo
bubkowatych, którzy traktują wszystkie sprawy śmiertelnie poważnie – zabrał
głos i orzekł, że wielka szkoda, że ko ko ko i w ogóle. Młodzież wielkomiejska
i prowincjusze w Warszawie również uznali, że jakoś tak nie wypada, bo przecież
wizytówka, goście z zagranicy, poważne sprawy i narodowe honory są tutaj
szargane. Tylko czekam aż pojawi się jakaś opinia o spisku, naciskach i z góry
zaplanowanej kompromitacji. Przecież to ludzie wybierają! Ale jacy ludzie? Od
ponad dwudziestu lat ci sami – za bezcen nas wszystkich sprzedadzą!

Trochę jak z wyborami parę lat temu, które Andrzeja L.
uczyniły wicepremierem, ale ze świecą było szukać jego wyborców – nikt się nie
chciał przyznać.

Mnie samemu nie po drodze jest z folklorem i jakoś tak bliżej
do żydowskich skrzypków niż pasterskiej fujarki, ale ewidentne korzyści z
zaistniałej sytuacji dostrzegam. Same Mistrzostwa mają przecież w sobie
niewyczerpane pokłady kiczu – kapelusze z dzwoneczkami „Polska”, trąby
stadionowe „Polska”, szaliki „Polska-Tyskie”, przyśpiewki okolicznościowe i
nawet kolorowe, samochodowe odświeżacze powietrza „Polska” (sam jeden taki
zakupiłem, ale po kilku dniach zapach się ulotnił i teraz ta „Polska” kolorowa,
przyjacielsko-ukraińska mi dynda z lusterka).

Piosenka w konwencję się nie wpisuje, a jak widać kicz
sportowy jest zazdrosny i despotyczny. Żąda, żeby tylko jego traktować
poważnie. W końcu będziemy mieli na swoim koncie kolejną epicką porażkę i nasi
chłopcy znowu wrócą do domu (tym razem droga będzie krótsza). Polsat pewnie
jakieś tam łzy i przygryzione wargi będzie na wizji przemycał, ale na koniec i
tak: „nic się nie stało” lub inne, znacznie od ko ko ko ambitniejsze
przyśpiewki zaśpiewamy.

Poczucie humoru i dystans są bardziej deficytowe niż
kiedykolwiek, a my zamiast korzystać z okazji do śmiechu wolimy popadać w
święte oburzenie.

Powagi sprawie dodaje fakt, że sponsorem naszej reprezentacji
jest „Biedronka”. Nie mam więcej pytań.

Noworoczny sens

   Po raz pierwszy
udał mi się bojkot Sylwestra. W zeszłym roku próba zakończyła się
niepowodzeniem, ponieważ noworoczna impreza zawitała do naszego domu i nie
bardzo mogłem zatrzymać ją u wrót mojego pokoju. Tym razem wyposażony w
słuchawki dokanałowe, koncerty wiolonczelowe oraz eseje Trumana Capotego
spędziłem jedną z najprzyjemniejszych nocy ostatnich miesięcy. Bez wszystkich
wymuszonych zachowań, alkoholu we krwi i nienaturalnego podniecenia zmieniającą
się datą. Po tylu latach spędzania sylwestrowej nocy w ciszy bardzo trudno się
przestawić. Epoka wyjazdów już chyba minęła definitywnie, ale z całych sił będę
walczył o utrzymanie obyczaju refleksyjnego 
przechodzenia z jednego roku do drugiego.

  Bez alkoholu we krwi
łatwiej mi było unosić się w wiolonczelowych rytmach i przyglądać prowokacjom,
jakie Capote serwował Marlonowi Brando. Tylko dla Ukrainy zrobiłem wyjątek- tam
Nowy Rok, to coś znacznie istotniejszego niż Boże Narodzenie albo jakiekolwiek
inne święto (no może poza Dniem Zwycięstwa). Zawsze dostaję różne życzenia z za
wschodniej granicy jeszcze przed dwunastą naszego czasu. Czasem to jedyna
wiadomość od danej osoby w ciągu roku. Życzenia przygotowałem sobie już zawczasu,
żeby nie zbliżać się do telefonu. Za kanwę posłużyło mi  „Widzenie transoceaniczne” Miłosza- o Rosji,
ale bardzo adekwatne jeżeli chodzi o cały słowiański Wschód. Starałem się
wybrać co sympatyczniejsze fragmenty (i te łatwe do tłumaczenia).

W ogóle Miłosz jakoś chodzi za mną ostatnio- nawet
jeżeli  nie bezpośrednio (mam na myśli
dzieła, a nie nieboszczyka), to chociażby w postaci różnych wypowiedzi na jego
temat. Oto fragment wywiadu z Barbarą Toruńczyk z ostatnich „Zeszytów
Literackich”:

„(…) K.W. : Chodzi o
to, że przy swoim skomplikowaniu zachowywał przez cały czas szczerość pomiędzy
różnymi częściami duszy, tak?

B.T.: Albo, jak mówiłam, o to, że on po prostu głęboko
myślał o wszystkim co robił i co mu się przydarzało. Także o swoich
niekontrolowanych porywach. Miał uwewnętrznioną potrzebę życia sensownego. Z
tej swojej analitycznej świadomości ukształtował własną filozofię opartą na
konkrecie doświadczeń życiowych wszelkiej natury, w tym erotycznych. Więc nie
mógłby się zgodzić z Camusem, że życiem rządzi absurd czy przypadek, czy z
Jeleńskim- że rządzą nami tajemnicze zbiegi okoliczności. Uważał, że każdy krok
powinien być sensowny, tylko trzeba tego sensu dociekać, przyjmując pewne
założenia o strukturze świata. Oceniać siebie, posługując się darem distinguo odnoszonym do wartości
absolutnych. Doświadczenie transcendencji było mu dane jako pierwotne,
podstawowe. (…)”

 

Właśnie to pragnienie sensu nieszczęsne-  obrzydliwa samoświadomość, która nie pozwala
uczestniczyć w doświadczeniach, które są go pozbawione albo, którego już się
nie pamięta. Taka wrażliwość jest trochę jak klątwa, mogąca uczynić z człowieka
dziwaka. W nowym, dwa tysiące dwunastym roku sobie i Wam życzę jak najwięcej
sensu!

 

P.S.

Kolejnego Sylwestra planuję spędzić już we własnym lokum

Śmierć proroka

Temat śmierci wraca tutaj jak bumerang. Nie
spodziewałem się, że ten blog- który powinien być traktowany z
przymrużeniem oka- przemieni się w przestrzeń do takich rozważań. Nie
spodziewajcie się jednak, że zapanuje, trawestując słowa pewnego młodego
pisarza, atmosfera grozy i niesamowitości. Dziś jestem przede wszystkim
zdziwiony.

Coraz częściej pojawiają się głosy, że współczesny
„świat” (w cudzysłowie, bo oczywiście chodzi tutaj tylko o cywilizację
konsumpcyjną, która całości świata jeszcze nie stanowi)
zastępuje klasyczny system wartości, symbole i postawy czymś zupełnie
nowym, choć posiadającym bezpośrednie odniesienia. Ludzie potrzebują w
coś wierzyć, więc skoro nie wierzą w Boga, to muszą puste miejsce po Nim
jakoś zastąpić. Różne byty chętnie podsuwają im gotowe rozwiązania albo
dzielą się swoją „wiarą”. Nawet na moim komputerze znajduję credo:

„Firma Toshiba wierzy w: technologię, design, jakość”

Brzmi nawet sympatycznie. Podobnych przykładów mogę
podać więcej, ale wszystkie sprowadzają się do jednego- wizji zmiany
świata na lepsze. Któż nie chciałby w czymś takim uczestniczyć? Tym
bardziej, jeżeli świat może stać się lepszy, gdy: „staniemy się
członkiem wielkiej rodziny widzów Polsatu”. Kiedy z  każdego abonamentu
odpalimy 5 złotych dla jakichś biednych/wykluczonych/dyskryminowanych
etc. , od razu przyjemniej  ogląda się wieczorną ramówkę.  Nie muszę
wspominać, że taka rodzina jest również znacznie mniej absorbująca.

Wizje i pomysł na przyszłość świata mają teraz
ekologiczne samochody, innowacyjne telefony, żywność genetycznie
modyfikowana (jako sposób na problem głodu), czy płatki śniadaniowe,
będące panaceum na brak wapnia i depresję. Produkt staje się teraz czymś
na kształt ideologicznych odezw i idealistycznych deklaracji.

Epoka ma też swoich proroków. Dziś okazało się, że
śmierć przedsiębiorcy i innowatora robi na społeczeństwach większe
wrażenie niż śmierć wielkich przywódców, czy działaczy społecznych. Mit
jest tak silny, że dziesiątki ludzi (także moich znajomych) wstawia na
swoich profilach, delikatnie mówiąc, niezbyt odkrywcze cytaty ze
zmarłego. Zmieniają swoje zdjęcia profilowe. Przeżywają.
Premier nasz, wielki innowator Donald T. też coś tam dzisiaj nawiązywał.

Atmosfera jak w Paryżu po śmierci Wiktora Hugo.

Każda wiara musi mieć swoich kapłanów i proroków.
Dziś są opłakiwani podobnie, jak na przestrzeni wieków, ale znacznie
lepiej opłacani…

Herbata dla Jacka

Wczoraj były urodziny Trumana Capotego- pisarza, który
znajduje się (przynajmniej aktualnie) w pierwszej dziesiątce moich ulubieńców.
Niedościgniony mistrz stylistyki  i
barwnych postaci, gdyby żył miałby teraz 87 lat. Niestety, wódka z sokiem
pomarańczowym i lawendowe pigułki psychotropowe najpierw całkowicie odebrały mu
wolę tworzenia, a ostatecznie wysłały na tamten świat. Dobrze, że zostało
śniadanie u Tiffaniego.

Dziś natomiast doszło do z dawna oczekiwanego spotkania.
Konrad, najwyraźniej poruszony wyrzutami sumienia, wyszedł z propozycją
wspólnego wypadu. Chciałem zaprowadzić go do Hydro4- najurokliwszej speluny na
lewym brzegu Warszawy- która okazała się ZAMKNIĘTA! To legendarne miejsce
egzystujące na Chmielnej wbrew wszystkim regułom ekonomicznego rachunku zysku i
straty, przeszło do historii. Nie znam szczegółów, ale już jestem zasmucony-
nie bardzo wiem, gdzie teraz będę prowadził zagranicznych gości …

Ostatecznie poszliśmy gdzieś indziej- co prawda musieliśmy
stanąć twarzą w twarz z manifestację z okazji „Dnia Lokatora”. Wybory są nie
tylko okazją do zapraszania Maćka Bittnera na bankiety i ekskluzywne przyjęcia,
ale także czasem wyrażania swojego niezadowolenia. Trzeba jednak przyznać, że
protesty w polskich realiach wyglądają raczej satyrycznie- kilkadziesiąt osób z
transparentami to wszyscy, których udało się zgromadzić organizatorom. Być może
w latach osiemdziesiątych wyczerpaliśmy wszelkie pokłady sprzeciwu i woli
walki, a może po prostu czyste lenistwo skłania warszawiaków do oglądania
telewizji zamiast manifestowania. Ja osobiście nigdy na żadnym proteście nie
byłem, ale raczej ze względu na niewiarę w skuteczność tego typu inicjatyw, niż
ignorowanie palących problemów społecznych. A może tłumaczę się przed samym
sobą?

W każdym razie, Konrada upomniałem za informowanie mnie o
ważnych sprawach po wielu miesiącach od momentu ich zaistnienia. Potem nasza
rozmowa oscylowała wokół uroków życia na prowincji (lub braku takowych), spraw
mieszkaniowo-zawodowych, kwestii harcerskich i plotek z życia wspólnych
znajomych. Krótko, ale treściwie- jak za dawnych lat. Konrad wprowadził w
konsternację panią z pubu oraz piszącego te 
słowa zamawiając herbatę. Mieliśmy opijać nadchodzące narodziny
konradowego potomka. Jak widać opijanie nie jedno ma imię. Jacku T. –
oczekujemy Cię…  przy herbacie!

Zmiany

Jak już większość Was wie, postanowiłem dokonać pewnych zmian w moim blogowym funkcjonowaniu. Założyłem witrynę na nowej platformie, która daje więcej możliwości multimedialnego prezentowania się światu. Póki co, wszystko idzie zgodnie z planem i jestem zadowolony z łatwości publikowania- nawet z telefonu można coś tam puścić.

Tym samym, muszę znaleźć zastosowanie dla legendarnego już maciejbittner.blog.pl , który niedawno świętował ósme urodziny. Wiele rzeczy się w tym czasie wydarzyło, a blog był świadkiem całkiem niezłego kawałka mojego życiorysu. Szkoda by go całkowicie porzucać, szczególnie, że ma trochę poważniejszą formę. Bloga podróżniczego z niego nie zrobię, bo ostatnio prowadzę osiadły tryb życia.
Może jakieś dłuższe teksty będę tutaj wstawiał? Zobaczymy.

Tymczasem zapraszam na www.maciejbittner.tumblr.com

Fenomen troski

Przyjęcie, jak to przyjęcie, przeminęło znacznie szybciej niż
można się było tego po nim spodziewać. Dwa dni przygotowań i raptem jedna noc
świętowania. Cóż za dysproporcja! Pozostało niewiele- zawalone łóżko, trochę
nieporozumień, prezenty, niedopita bańka Heinekena oraz jakieś tam refleksje.
Kurczowe trzymanie się form, które sprawdzały się przez lata, to chyba jeden z
symptomów ograniczoności. Mogę tłumaczyć się tylko anty-sartrowską dobrą wiarą
oraz naiwnością cechującą ludzi mierzących innych swoją miarą. Nic to.

Lepiej wspominać koszerną muzykę, chasydzkie tańce, apetyt
gości na danie parówkowe i sam fakt, że tak wiele osób zechciało do mnie
przybyć. Kulinaria, to chyba największe pocieszenie- ledwo, ledwo, ale
starczyło. Musiało smakować, bo jeden z gości tak zapamiętale wyskrobywał
pozostałości w garnku, że zdarł połowę pokrywającego go teflonu. Tym samym, za
każdym razem, jak będę jadł teraz jakieś przypalone żarcie, wspomnę ten hołd
dla moich umiejętności gastronomicznych.

Najbardziej dawała radę Anka Suchodolska- muszę publicznie ją
pochwalić. Nie dość, że przybyła zaopatrzona w wafle i sernik na zimno, to
jeszcze dotrzymywała mi kroku w ekstatycznych tańcach, a niewielu to potrafi.

Konrad aus Berlin zasłużył się aktywnym uczestnictwem w
przygotowywaniu dania brokułowego oraz trafnymi uwagami na temat mnie i mojego
otoczenia. Pomiędzy odlewaniem makaronu, a doprawianiem śmietany przypomniał mi
o kilku elementarnych sprawach, które gdzieś w szale codzienności zginęły albo
zostały wyparte.

Sąsiadom także należą się podziękowania, to były
bezsprzecznie najgłośniejsze urodziny jakie kiedykolwiek wyprawiłem, a mimo
tego żaden jegomość w kapciach i piżamie nie zapukał do naszych drzwi.

Tak czy siak- czuję się teraz dosyć dziwnie. Mało tego,
podjąłem nawet konkretne decyzje. Choćby taką, że już nie będę świętował
własnych urodzin w takiej formie i takim składzie. Docenić trzeba bardziej
tych, którzy piją wodę mineralną, narzekają na komary albo nie opuszczają
swojego miejsca dalej niż na dziesięć kroków. Błogosławieni cisi. Dziwnym
trafem, to na nich zawsze można liczyć.

Dla dodania otuchy wpisałem te i inne przemyślenia do mojego
nowego notesu. Przed każdym ruchem, który mógłby nosić jakieś znamiona
pochopności, będę do niego zaglądał.

Ach! Facebook bardzo mnie zaskoczył. Zatrzęsienie życzeń
urodzinowych. Niby nic wielkiego, parę słów od każdego, ale dużo radości. Mnie
się przecież nigdy nie chce…

„Każda nosi na szyi odziedziczony po babce srebrny łańcuszek,
a kiedy je spytać , kim są, ich pierwsze słowo brzmi: katoliczkami.”

„Skoro współjestestwo pozostaje egzystencjalnie konstytutywne
dla bycia-w-świecie, to trzeba je- podobnie jak przeglądowy obchód z czymś
wewnątrz świata poręcznym, co nazwaliśmy wcześniej zatroskaniem- interpretować
na podstawie fenomenu troski, która w
ogóle stanowi określenie bycia jestestwa.”

Kto pochyli się ze mną nad fenomenem troski?

Udostępnij

Pura Vida!

   Bal Kopciuszka się
skończył, lecz nie skończyło się zamieszanie, z jakim każdego dnia trzeba się
zmagać. Wcale nie pięknie. Już człowiek sobie myśli, że będzie mógł złapać
chwilę oddechu po dramatycznych i pełnych napięcia chwilach, a tutaj już czas
na przygotowania  do kolejnego balu- tym
razem dotyczącego Królewicza.

  Co dwa lata obiecuję
sobie, że wszystko będzie przygotowane w najdrobniejszych szczegółach. Serwetki
dobrane pod kolor obrusa, listki bazylii starannie ułożone na wierzchu sałatki,
a kieliszki lśniące i chłodne. Zawsze jednak wychodzi tak samo. Pierwsi goście
zastają mnie w upapranej majonezem bluzie i, z braku innych zajęć, włączają się
do walki z kulinarnym żywiołem. W tym roku musi być inaczej- trzymajcie kciuki!

  Ostatni tydzień
minął pod znakiem gości. Wnieśli trochę południowoamerykańskiej pogody ducha do
mojego szarego życia. Dowiedziałem się czym Costa Rica różni się od Puerto Ricoa,
a transport miejski w Warszawie od tego w San Hose. Inkulturacja przebiegła
bezboleśnie: kiszone ogórki zjedli, zajęli swoje stanowisko w sprawie
katastrofy smoleńskiej i, niczym prawdziwi Polacy, mieli okazję pomarudzić na
zmiany pogody i niestabilny kurs wymiany walut. Z marudzeniem było najgorzej,
jakoś nie mogli się przekonać, że nasz narodowy sport poprawia krążenie i wyostrza
zmysły. Odjechali równie pozytywnie nastawieni do życia, co w chwili przybycia.
Zostawili tradycyjny sos kostarykański, niebiańską kawę, paczkę papierosów „made
in Costa Rica” oraz miłe referencje:

„Positive
it’s not enough to describe how amazing my experience with Maciej. He is an
awesome guy, inteligent, talkative, and have great travel stories! He and his
family went out of their way to make me feel confortable and they succeed big
time! I really enjoyed our talks about Costa Rica and Poland. The best couch
surfing experience no question that! Hope to see you soon again!”

Pozostaje mi tylko wykrzyknąć: Pura Vida! Czego również Wam
serdecznie życzę.

Udostępnij

Samorodny talent i rzut oka na życie dżdżownic

  Nie wiem, czy kiedykolwiek w historii tego
bloga zdarzył się okres tak długiego milczenia z mojej strony. Pewien mądry
człowiek powiedział ostatnio, że nie piszę akurat wtedy, gdy w moim życiu
dzieją się najciekawsze rzeczy. Być może, to jest właśnie powód. Przez te kilka
miesięcy dokonała się mała rewolucja w moim życiu towarzyskim. Jak powszechnie
wiadomo, jestem bardzo nieufny w stosunku do osób, których nie znam i niezbyt
chętny do poznawania kogokolwiek. Tym bardziej, fakt przewartościowania i
modyfikacji mojego najbliższego otoczenia uważam za zmianę bardzo poważną- o
tyle znaczącą, że niekontrolowaną. Postanowiłem nie opłakiwać straconych, nie
dramatyzować nad przemijaniem czasu i 
niechybną entropią własnych relacji międzyludzkich. Zostają zawsze ci sami,
co jeszcze bardziej utwierdza mnie w przekonaniu o słuszności mojej definicji
przyjaźni.

     Równie płynnie przeszedłem ze stanu bycia
studentem, do formy substancjalnej człowieka pracującego w pełnym wymiarze
godzin. O dziwo, czytam więcej, piszę więcej (szkoda, że nie bloga) i jeszcze
zostaje czas na muzykę. Wynika z tego, że czas limitowany, to czas zdobywany.

   Z muzyką wiąże się moje rosnące
zaangażowanie w penetrację świata, który przez wiele lat stanowił raczej tło
innych działań- rozrywkę, przerywnik i stymulator emocjonalnego zaangażowania.
Dopiero teraz uzmysławiam sobie, jak trafnie diagnozował jej siłę Nietzsche w „Narodzinach
tragedii”. Czysty przekaz, nieuwikłany w światopoglądowe zaangażowanie,
semantyczne próby definiowania elementów rzeczywistości, a nawet proste
obrazowanie, które dało początek wszelkim poszukiwaniom. Muszę jednak
zdementować w tym miejscu plotkę o mojej rzekomej karierze wiolonczelisty.
Bardzo mi pochlebiła, ale niestety jest dosyć daleka od prawdy. Czy nikt z Was
nie zauważył, że nie mam w domu wiolonczeli? Nie chowam jej pod łóżkiem, ani w
szafie. Straciłem moją szansę opanowania gry na tych czterostrunowych pięknych
kształtach. Kocham wiolonczelę miłością platoniczną…

   Wpadłem ostatnio na ciekawy fragment „Dzienników”
Iwaszkiewicza, który wpłynął na moje akceptujące stanowisko wobec wszystkiego,
co dzieje się dookoła. Słuchajcie tego:

 

„Życie osób,
które kochamy i które żyją blisko nas, da się porównać do życia dżdżownic.
Dżdżownice mają jakieś tam swoje życie podziemne, ale my go nie znamy. One cannot control the life of a
dżdżownica. Tylko od czasu do czasu wychodzą na wierzch ich odchody: tu jakiś
syfilis, tu jakaś gruźlica, tu jakaś skrobanka, tu podbite sińcem oko, tu
awantura z opieką nad kawiarnią, gdzie chodzą gołe dziwki. My tylko to widzimy,
to odczuwamy. A co jest ich prawdziwym życiem, nie dowiemy się nigdy, pomimo największej
naszej miłości i choćbyśmy życie za tę wiedzę o nich oddali!”

Udostępnij

Halloween chwiejnym krokiem

  Z dawna oczekiwana impreza- dwudzieste
pierwsze Panasalia- doszła do skutku. Dźwięki muzyki oraz mniej lub bardziej
błyskotliwe komentarze gości nadal brzmią w moich uszach. To ciekawe, że
urodziny Mateusza (w przeciwieństwie do moich własnych) z każdym rokiem są
coraz lepsze. Przy konwencjonalnej formie nadal przepełnia je energia, radość
życia i bujna młodość. Być może, to wynik specyfiki zaproszonych gości, a może
po prostu pozytywnej aury jaka otacza gospodarza? W dobie, gdy coraz częściej
spotykam się z chamskimi zaproszeniami w stylu: „zapraszam, ale alkohol i
żarcie we własnym zakresie”, przyjęcie z bateriami pełnych butelek i puszek
oraz garnkami po brzegi wypełnionymi jedzeniem jest na wagę złota.

    Nie spodziewając się poziomu gościnności
jubilata postanowiłem upiec ciasto, by uatrakcyjnić całe spotkanie. Oczywiście
tydzień był oporowo trudny i do dzieła zabrałem się dopiero w piątek popołudniu.
O jakieś dwadzieścia cztery godziny za późno. Efekt był taki, że w procesie
przygotowawczym uczestniczyła cała rodzina. Ja zabrałem się za ciasto, a reszta
domowników próbowała przygotować jego dekorację- w konwencji marynistycznej.
Ciasto wyszło super, lecz żaglówka (wbrew przewidywaniom) pływała w
nieostygniętym lukrze, co znacznie utrudniło transport. Sernik a’la marinara
musiał być jednak niezły, ponieważ następnego dnia odebrałem już tylko pustą
foremkę.

   Całe te cukiernicze perturbacje spowodowały,
że spóźniliśmy się jakieś półtorej godziny. Mieszkanie, choć duże było pełne
ludzi- ledwie przepchałem się do środka, upychając po drodze kurtkę i buty w
stosach ułożonych przez wcześniej przybyłych.

   Oczywiście, o dostęp do komputera, a tym
samym muzyki walczyły brutalnie różne frakcje. To cud, że udawało się zachować
jakąkolwiek ciągłość granych utworów. Trzeba by zrobić jakieś szczegółowe
badania na temat tego, czy w każdym z nas drzemie DJ.

  Harcerze swoim zwyczajem zgromadzili się w
jednym z pokoi, tworząc tym samym imprezę alternatywną. Dzięki temu udało mi
się porozmawiać z dawna nie widzianymi wychowankami i posłuchać żenujących
opowieści Karola. To zdumiewające, jak daleki jestem od świata przyziemnych
atrakcji. Pogrążony w mądrych księgach, zamknięty w swojej pustelni, dużo tracę
z tych wyszukanych przyjemności życia.

  Za kolejny plus trzeba uznać taniec. Salon
nie tańczy. Wielokrotnie zastanawialiśmy się we własnym gronie dlaczego tak się
dzieje i nikt nie stworzył jakiejś logicznej teorii. Po prostu, nie tańczymy.
Tym razem było inaczej- Salon ruszył na parkiet, choć oczywiście w różnym stopniu.
Ja jako osoba powściągliwa i nieśmiała tylko troszeczkę powirowałem między
największymi banserami. Jedna jaskółka wiosny nie czyni, lecz jest już dobrym
znakiem.

  Nie mogło obejść się bez niezbędnego elementu
każdej imprezy- zgonów. Tak właściwie był tylko jeden, ale za to totalny. Salwa
bigosem z dwóch pięter i zawalenie łóżka w naszym, harcerskim pokoju zostało
surowo ukarane. Delikwent obudził się następnego dnia rano wymalowany w
fantazyjne kształty i wieloznaczne piktogramy. Charakter pisaka do płyt CD
spowodował, że usunięcie tych znaków przyjaźni trwało, zapewne dłuższą chwilę.

   Najprzyjemniejszy był chyba powrót. Jak
często zdarza się nam wracać do domu piechotą? Symboliczna odległość i widok
Chomiczówki nocą- niezapomniane!

  Następnego dnia miałem dochodzić do siebie.
Plan był prosty- moczenie nóg w rumianku, nacieranie się wyciągiem z czarne rzepy
i kąpiele błotne. Pełen relaks. Nie było mi to jednak dane. Gospodarz przyjęcia
uznał, że jestem w lepszym stanie niż on i chętnie pomogę w napisaniu krótkiego
listu aplikacyjnego, po angielsku. Chętny do pomocy jestem zawsze, lecz pisanie
na kacu czegokolwiek w jakimkolwiek języku wychodzi mi bardzo ciężko. Najpierw
omówiliśmy dokładnie imprezę, potem potańczyliśmy do różnych, mrożących krew w
żyłach przebojów, a ostatecznie pisanie tekstu zostało na dwadzieścia ostatnich
minut mojego planowanego pobytu. Żaden z nas nie był w stanie działać
konstruktywnie, więc każde kolejne zdanie rodziliśmy w potwornych bólach. Poród
był na tyle długi i bolesny, że spóźniłem się masakrycznie na kolejne
zaplanowane spotkanie.

   W niewygodnych butach, zdyszany i zdezorientowany
leciałem na złamanie karku od Ratusza na Nowe Miasto. Chciałem wypić drinka,
porozmawiać z miłymi ludźmi i uzgodnić kilka spraw, które pozostały w fazie
„zawieszonego, wstępnego planowania”. Taki był plan, ale życie uczy pokory.
Wypad zaplanowany na góra półtorej godziny zakończył się o wpół do czwartej na
Dworcu Centralnym, gdzie zmarznięty czekałem na nocny autobus na Bemowo.
Wszystko to zasługa Dzielnicy Ursus oraz Republiki Irlandii. Bez nich ta noc
nie byłaby, choć w połowie tak udana jak była. Dziękuję!

  W niedzielę kac pogłębił się znacząco.
Odwiedzanie grobów bliskich w kondycji zombiego z Halloween  nie wyglądało efektowanie. Mało refleksji i
zadumy. W przyszłym roku wykaże się większą dozą rozsądku.

  W poniedziałek Piotrek i Dominika wyciągnęli
mnie na działeczkę. Świetne miejsce na odpoczynek po intensywnym weekendzie. W
planach było układanie paneli w jednym z pokoi- praca całkiem przyjemna. Szło
nam nieźle, ale moje nikłe umiejętności nie były dla Piotrka szczególnym
wsparciem. Dopiero pod koniec dnia jakoś się rozkręciłem z tym układaniem. Było
super, jak zwykle w tym towarzystwie- a kiełbasa „z kominka” przeurocza.

 Matko i córko, nie wiem czy ktokolwiek z Was
doczytał tę notkę do końca. Tyle rzeczy się dzieje, a ja nie bardzo mam czas
wszystko przelewać na bloga. Zamiast stanowić miejsce moich filozoficznych i
pogłębionych refleksji jest teraz zbiorem relacji na temat pieczenia ciast i
powrotów do domu. Trzeba coś z tym zrobić.

 

Pozdrawiam!

darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
Udostępnij

Reset

   Blog wraca do
życia. Podobnie jak jego właściciel, który przez ostatnie dwa miesiące trwał w
stanie duchowej i mentalnej hibernacji. Teraz okrzepłem i nabrałem energii do
lepienia materii i zmieniania rzeczywistości. Nieróbstwo, to jeden z
najbardziej niszczących stanów. Teraz, gdy przybyło mi obowiązków na wielu
polach, jestem w stanie normalnie funkcjonować. Od powrotu z Ukrainy nie mogłem
zupełnie poradzić sobie z planowaniem najprostszych działań. Moje życie
towarzyskie podupadło, a konstruktywne czynności rozłaziły się na kilka dni.

  Teraz natomiast, jak
za dotknięciem czarodziejskiej różdżki wszystko odwróciło się o sto
osiemdziesiąt stopni. Wszystko ogarniam, a spotkania z ludźmi wypełniają mi
każdą wolną chwilę. Jak tu nie głosić etosu pracy?

  Tak jak obiecałem-
blog zmieni formułę i zostanie poddany różnym zabiegom odświeżającym.
Prawdopodobnie utworzę kolejną witrynę na której znajdować się będą wyłącznie
fotosy. Chętnie przyjmę wszelkie uwagi.

 

  Jutro Panasalia
2010! Bądźcie gotowi

 

  Poniżej trochę fotosów z poprzednich tygodni- targi, śluby, uroczystości rodzinne. Najciekawsze wydarzenia nie były dokumentowane ;)

 

darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
darmowy hosting obrazków
Udostępnij

 Page 1 of 60  1  2  3  4  5 » ...  Last »